P.Gotowiecki

Stosunki polsko-ukraińskie: realizm w cieniu Kremla (polska perspektywa)

W ostatnim czasie stosunki polsko-ukraińskie przeżywają wyraźny kryzys. Świadczą o tym i oficjalne enuncjacje na szczeblu państwowym i ton komentarzy medialnych – w Polsce daleki od głębokiego solidaryzmu z pierwszego okresu „rewolucji godności” i rosyjskiej agresji. Co istotne, nawet w kręgach prawicy odwołującej się do dziedzictwa prezydenta Lecha Kaczyńskiego – jednego z największych orędowników strategicznej współpracy z Ukrainą, panuje coraz większe zwątpienie i irytacja polityką Kijowa. Charakterystyczny jest tytuł niedawnego artykułu Piotra Cywińskiego na popularnym portalu internetowym wPolityce.pl pt. „Koniec złudzeń. Czas dokonać zdecydowanej reorientacji w naszej polityce wobec Ukrainy”.

Historia, która dzieli

Niewątpliwie najważniejszym, choć nie jedynym czynnikiem zaogniającym stosunki polsko-ukraińskie, jest pamięć historyczna, silnie powiązana – zwłaszcza w przypadku Ukraińców – z polityką historyczną. W pamięci zbiorowej Polaków niewiele jest wydarzeń równie traumatycznych, oddziałujących na wyobraźnię, naznaczonych symboliką zła – jak zbrodnia wołyńska. Metodyczność ludobójstwa i skrajne, nieludzkie okrucieństwo, także wobec kobiet i dzieci, sakralizują tragedię ludności Wołynia, zapewniając jej wyjątkowe miejsce w świadomości historycznej Polaków.

Ale jednocześnie wspomniana sakralizacja mimowolnie przyczynia się do wykrzywienia polskiego spojrzenia na XX-wieczne stosunki polsko-ukraińskie. To, co było przedtem – bladło w stosunku do Wołynia, to, co było potem (Akcja Wisła), tłumaczono koniecznością wyrównania rachunków z Ukraińcami. Nielicznym gestom pojednania i oddania sprawiedliwości towarzyszyły dużo szersze wyrazy potępienia i generalizacji. Tak było np. z mało znaną sprawą udekorowania na emigracji przez gen. Władysława Andersa orderem Virtuti Militari gen. Pawło Szandruka, przedwojennego oficera WP, a jednocześnie ostatniego dowódcę SS „Galizien”. Choć Szandruk order otrzymał za dzielną postawę w czasie bitwy pod Tomaszowem Lubelskim w kampanii wrześniowej i nie splamił się zbrodniami wojennymi, Anders za swój gest został zaatakowany w kraju i na emigracji.

Ukraińska polityka historyczna

Dominacja zbrodni wołyńskiej nad innymi wydarzeniami w historii stosunków polsko-ukraińskich w świadomości społecznej ma dziś bardzo praktyczny wymiar w relacjach z Ukraińcami. Każda próba gloryfikacji Ukraińskiej Powstańczej Armii, Stepana Bandery, czy dywizji SS „Galizien” spotyka i spotykać się będzie w Polsce z ostrym potępieniem. Kilka miesięcy temu głośna była wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, w której lider rządzącej partii i najważniejszy polityk w Polsce wprost powiedział, że gloryfikowanie masowych morderców czy ludobójców jest niedopuszczenie w cywilizowanym świecie.

Osobną kwestią jest skala współczesnych działań gloryfikujących UPA i antypolski nacjonalizm. W Polsce, jak się wydaje, dochodzi do przecenienia powszechności kultu Bandery. Ciekawą analizę liczbową przeprowadził w tym zakresie portal polukr.net, który „policzył” np. zmiany nazw ulic czy też pomniki ustanowione na cześć przywódcy ukraińskich nacjonalistów, a także przytoczył wyniki badań socjologicznych, poświęconych ocenie historycznych postaci przez współczesnych Ukraińców. Ogólnie rzecz biorąc „twarde dane” pokazują pewną prawidłowość – coś takiego jak kult Bandery czy UPA niewątpliwie istnieje, ale ani jego zasięg geograficzny (ograniczony w dużej mierze do Wołynia i tzw. Galicji Wschodniej) ani procentowy nie pozwala mówić o jego masowości.

Komentarza wymaga też rola, jaką ukraiński nacjonalizm z okresu II wojny światowej odgrywa w polityce historycznej współczesnej Ukrainy. Otóż Ukraińcy z własną historią mają dużo większy problem niż Polacy. Naród bez państwa, bez tradycji państwowej, który przez cały XX wiek, czasami paskudnymi metodami, starał się walczyć o swój własny byt, nie jest w stanie skonstruować jednej, spójnej narracji historycznej. Dlatego dzisiaj polityka historyczna Ukrainy jest eklektyczna, czerpie garściami z różnych tradycji. Proniemieccy kolaboranci funkcjonują w niej na równych prawach z żołnierzami Armii Czerwonej, etnonacjonalistami czy też żołnierzami spod Monte Cassino (na temat polsko-ukraińskiego sporu o liczbę Ukraińców pod Monte Cassino polecam artykuł mój i dr. Jakuba Żaka). Nie bez znaczenia pozostaje, że osoby takie jak Stepan Bandera czy Roman Szuchewycz na Ukrainie kojarzą się przede wszystkim z walką przeciw ZSRR – obaj zresztą zginęli z rąk sowieckich.

Polacy mają prawo i moralny obowiązek pamiętać o tragedii Wołynia i potępiać gloryfikowanie osób za nią odpowiedzialnych. Z drugiej jednak strony powinniśmy mieć świadomość, że historia „skrwawionych ziem” zawsze z perspektywy Kijowa – a najmniej Lwowa czy Tarnopola – będzie się różniła mniej czy bardziej od perspektywy Warszawy.

Między infantylizmem a realizmem

Niestety, stosunek Polaków do kwestii ukraińskiej, i historycznie, i dzisiaj, naznaczony jest pewnym infantylizmem. W patrzeniu na Ukrainę – i nie tylko Ukrainę, bo cały obszar ULB, a nawet Europę Środkowo-Wschodnią – dominuje „romantyczny paradygmat”, który zakłada pewną polonocentryczną wizję polityki międzynarodowej i szczególną, historycznie uzasadnioną rolę Polski jako „adwokata” Kijowa czy Wilna w stosunkach z Zachodem. Ta idealistyczna wizja wzajemnych relacji, oparta – co by nie mówić – na pewnym paternalizmie, co jakiś czas musi się niestety zderzyć z rzeczywistością. Obecne rozczarowanie współczesną Ukrainą w sensie politycznym przypomina trochę jęk zawodu polskiej prawicy po tym, jak Victor Orbán nie wsparł Polski w próbie utrącenia kandydatury Donalda Tuska na Przewodniczącego Rady Europejskiej. Zwłaszcza środowisko „Gazety Polskiej”, czyli najtwardsze jądro obecnego obozu władzy, nie ukrywa, że na stosunki polsko-węgierskie patrzy przez pryzmat szczególnych relacji historycznych. Tyle, że historia u tak wytrawnego praktyka realpolitik, jakim jest Orbán, odgrywa rolę kielicha, a nie ołtarza.

Wracając do tematu – czy infantylizmem w relacjach z Ukrainą jest tylko idealistyczna wiara w „posłannictwo” Polski na Wschodzie? Sądzę, że równie naiwną postawę prezentują ci, którzy domagają się obecnie twardego pragmatyzmu wobec Ukrainy – tylko dlatego, że dzisiejsza Ukraina okazała się inna, niż to sobie wyobrażaliśmy.

Polityka Polski wobec Ukrainy bezwzględnie musi opierać się na realizmie. Ale dochodzimy tutaj do sedna wywodu i odpowiedzi na pytanie – czym w polityce jest realizm? Zaryzykuję stwierdzenie, że uzależnianie wzajemnych relacji od oceny wydarzeń historycznych na pewno z realizmem nie ma wiele wspólnego.

Geopolityka a wishful thinking

Podstawowym czynnikiem, który powinien dziś decydować o stosunkach polsko-ukraińskich jest geopolityka. Możemy w Polsce oceniać dzisiejszą Ukrainę sceptycznie, możemy mieć negatywny stosunek do ukraińskiej polityki historycznej, stanu ukraińskiej demokracji, pokrętnej dyplomacji Kijowa, tendencji nacjonalistycznych w życiu publicznym, oligarchizacji państwa itd. Ale nie zmienia to faktu, że nawet najbardziej odległa od idealistycznych wyobrażeń suwerenna Ukraina jest z punktu widzenia Polski lepsza od Ukrainy w strefie rosyjskich wpływów. I każda droga ku okcydentalizacji Ukrainy, choćby via Paryż, Berlin czy – jak to ostatnio ma miejsce – przez Bratysławę, z pominięciem Warszawy, jest lepsza od Ukrainy osuwającej się w objęcia Rosji.

W globalnej grze o nowy podział stref wpływów Ukraina – choć zabrzmi to brutalnie – jest skazana, podobnie jak wiele państw o podobnym potencjale, na rolę przedmiotu a nie podmiotu rozgrywki. Dla Polski jedyną szansą na upodmiotowienie jest działanie w oparciu o potężne struktury, jakimi są UE i NATO. Ale conditio sine qua non takiej konfiguracji jest relatywnie silna pozycja w tych strukturach. Tylko Polska mająca pozycję w Europie, ma szansę na prowadzenie niezależnej i efektywnej polityki wschodniej. Dopóki nad narodowymi interesami będą górować resentymenty, a piękne, idealistyczne, lecz niemożliwe do zrealizowania wizje (Międzymorze, a zwłaszcza jego polonocentryczna wizja) będą dominować nad realnymi celami – wschodnia polityka będzie zderzeniem wishful thinking z brutalną rzeczywistością.

W przeciwieństwie do Litwy, gdzie czynnikiem wpływającym negatywnie na bilateralne stosunki, z którym Warszawa musi się liczyć, jest znaczna mniejszość polska na Wileńszczyźnie i jej naruszane prawa, karta ukraińska jest dla polskiej dyplomacji czysta. Pamięć historyczna jest ważna dla kształtowania tożsamości narodowej, ale nie powinna odgrywać roli czynnika w stosunkach międzynarodowych.

Zrozumieć Młodą Ukrainę

Nie oznacza to, że nie powinniśmy próbować wpłynąć na świadomość Ukraińców i zmianę przez nich oceny historycznych relacji z Polakami (przy czym uczciwość każe zweryfikować także wiele własnych mitów na temat tych relacji). Niezbędne są do tego trzy elementy. Po pierwsze musimy sobie uświadomić, że nie zmusimy Ukraińców w jednej chwili do rewizji poglądów i nie zmienimy od razu ich świadomości historycznej. Po drugie, należy w Polsce ostudzić temperaturę dyskusji nad stosunkami polsko-ukraińskimi (tu potępić trzeba różne strony sporu, bowiem istnieją środowiska zainteresowane podsycaniem waśni polsko-ukraińskich, ale z drugiej strony doszło np. haniebnej próby zablokowania habilitacji Andrzejowi Zapałowskiemu, krytycznie się wypowiadającemu o współczesnej Ukrainie). Po trzecie, najważniejsze, Polska powinna zwrócić się w kierunku Młodej Ukrainy.

Dziś wielu z tych, którzy krytykują Ukrainę, naszego wschodniego sąsiada zna jedynie z doniesień prasowych. Ale jest to wykrzywiony obraz, bowiem oprócz tych, którzy szukają korzeni w dziedzictwie etnonacjonalizmu, jest też inna Ukraina i inni Ukraińcy. Otwarci na dialog, otwarci na demokrację, last but non least otwarci na Polskę.  Piszę to – co pragnę podkreślić – nie tylko jako osoba utrzymująca z Ukraińcami szerokie kontakty naukowe i towarzyskie, ale i mająca okazję prowadzenia wykładów dla ukraińskiej młodzieży, na ukraińskim uniwersytecie, o najtrudniejszych epizodach w XX-wiecznej historii obu naszych narodów.

Polityka kulturalna jest jednym z najważniejszych instrumentów oddziaływania we współczesnym świecie. Polska w stosunku do Ukrainy powinna ten instrument jak najszerzej stosować. Nie idealizm, nie romantyzm, lecz chłodny pragmatyzm podpowiada, że tak jak nie jesteśmy w stanie zmienić historii, tak samo nie jesteśmy w stanie zmienić naszego położenia geopolitycznego. Ukraińcy także nie są narodem na kółkach i oba państwa w swoim własnym interesie muszą unormować wzajemne stosunki. Zwłaszcza, że i na Kijów i na Warszawę pada od kilku lat groźny cień Kremla.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.